Czyściciele. Cz. I


Marta Korczak

Niewiele osób nie ma żadnych przykrych doświadczeń z "robakami" w swoich mieszkaniach. Zwykle każdy stanął kiedyś oko w oko z tymi potworami, czyli karaluchami, kiedy wchodząc do kuchni, zapalił światło i dostrzegł błyskawicznie znikające w szparach małe istoty. Zbliżywszy się do miejsca, gdzie zniknęło stworzenie, można zobaczyć już tylko dwa cieniutkie, lekko falujące czułki. Wiele osób tak denerwuje obecność tych trudnych do opanowania owadów, że przenoszą swoją niechęć, urazę i obrzydzenie na wszelkie bezkręgowce. Jeśli jednak dobrze się zastanowić nad tym zjawiskiem, to trzeba przyznać, że na karaluchy trudno się gniewać.

Wszystkie karaczany, wraz z wieloma innymi gatunkami zwierząt (molami, muchami, mącznikami, pająkami, myszami, szczurami itd., itd.) zaliczają się do grupy zwierząt nazwanych synantropijnymi. Zwierzęta te już dawno temu zaczęły przenosić się z trudnych, wymagających i niebezpiecznych terenów tzw. środowiska naturalnego w bardziej korzystne, a na pewno obfitujące w pokarmy miejsca zamieszkane przez ludzi.

Siedliska ludzkie stanowiły zawsze miejsca, gdzie wiele gatunków zwierząt mogło zaspokoić głód, nawet nie będąc zauważonymi przez człowieka. W miarę rozwijania się ludzkich "terytoriów" powstawały różnego rodzaju fantastyczne stołówki. Pomyślmy o zakładanych przez ludzi hodowlach zwierząt gospodarskich, które karmiło się aż w nadmiarze, o miejscach, gdzie zwierzęta te były zabijane, o wszelkiego typu magazynkach i spichrzach, wreszcie o górach odpadków, które rosły wokół domostw. W każdym z tych miejsc piętrzyły się góry jedzenia, jeśli nie "prawdziwego", w postaci ludzkich produktów spożywczych, to nawet w postaci odchodów zwierzęcych, na które przecież wiele zwierząt (zwykle różnych gatunków bezkręgowców) zerka łakomym okiem.

Z biegiem czasu z tego typu "magazynów" żywności korzystało coraz więcej zwierząt. Osiedla ludzkie rosły, a wraz z nimi rosły zasoby pokarmów dla zwierząt synantropij...