"Śmierdzący" temat...


Jan Borzymowski

Na początku XX wieku władze administracyjne Paryża martwiły się, że rozwój miasta i wiążący się z nim rozwój transportu, zwłaszcza konnego, spowoduje zapaskudzenie ulic fekaliami tych zwierząt. Koń, jak wiadomo - zwierzę pokaźnych rozmiarów, pałaszuje niemało. Zrozumiałe, że fizjologiczne konsekwencje też są pokaźne. Przeliczone przez liczbę zwierząt, tworzyły wizję, która spędzała sen z oczu szanownych włodarzy najpiękniejszej aglomeracji Europy. Czas pędzi nieubłaganie i futurystyczne wizje przybierają niejednokrotnie inny kształt, rozmijający się z przewidywaniami. Z ulic Paryża zniknęły konie. Ich miejsce zajęły samochody, mniej miłe dla środowiska, o efektach eterycznych nie wspominając... Pozostały gołębie, na pewno przybyło psów... Miejsce jednych problemów zajęły inne. Tak to jest.

W Polsce, a konkretnie w Warszawie, można było jeszcze w latach 1960. zobaczyć platformy z węglem, ciągnięte przez konie. Jak sądzę, nie były one przedmiotem troski administracji stolicy. Jedynie milicja miała zajęcie, bo często jedyną trzeźwą postacią takiego transportu był koń. Co więcej, niektórzy warszawiacy cenili sobie te miłe zwierzęta z prozaicznego powodu - pozostałości były skrupulatnie zbierane jako nawóz do skrzynek z kwiatami. W obecnych czasach konie spotyka się jako siłę pociągową turystycznych wehikułów, najczęściej w zabytkowych rejonach miast. Nie wiem, czy kwiaty balkonowe w tych okolicach kwitną szczególnie pięknie, czy też powożący zbierają wiadome pozostałości? Tak czy owak, na warszawskiej starówce nie zauważyłem końskich odchodów.

Podobnie jak w innych europejskich stolicach, mamy masę gołębi i psów. Gołębie nie stanowią specjalnej dokuczliwości. Ot, czasami trafią w elegancki kapelusz pięknej turystki, co podobno stanowi formę osobliwego namaszczenia, zapowiedź szczęścia. Rzeźby stojące w niszach kościołów często są osłaniane odpowiednimi siatkami. Natomiast pomniki co jakiś czas są po prostu myte.

Jednak ...