Nie poprawiajmy psów


Jan Borzymowski

Pies to fenomen, dobrze współpracujący z człowiekiem od prawieków. Zaryzykuję tezę - ludzie nie potrafią pozostawać ze sobą w stanie pokojowej koegzystencji, prowadzili, prowadzą i zapewne będą prowadzić wojny. Jak to jest możliwe, że istnieje stworzenie, które doskonale komponuje się, wytrzymuje z tak trudnym partnerem, jakim niewątpliwie jest homo sapiens? Pies zawsze wita nas z uśmiechem, doznane przykrości wybacza nieomal natychmiast, darzy ogromną miłością. Wierność psa jest przysłowiowa. To wszystko jest znane i przyjmowane jako oczywistość. Rodzi się pytanie - dlaczego usiłujemy nadal zmieniać to wspaniałe zwierzę?

Daleko idąca ingerencja w fizyczny, a zwłaszcza psychiczny obraz psa rasowego jest działaniem zamierzonym. Ten sztucznie wyprowadzony kształt zwierzęcia stanowi przykład poprawiania natury. Ktoś powie - to wyraz cywilizacyjnego postępu. To prawda, ale jednocześnie rodzą się pewne refleksje dotyczące granic wspomnianej ingerencji.

Ogromna większość psów rasowych, pozostawiona sobie sama, nie potrafiłaby przetrwać. W moim przekonaniu w naturalnym środowisku najlepiej dają sobie radę szpice, a zwłaszcza szpice północy, czyli rasy pierwotne. Ta grupa psów potrafi się wyżywić. Większość ras, a zwłaszcza psy ozdobne i do towarzystwa (gr. IX FCI), to zwierzęta na tyle wykoślawione, że bez pomocy człowieka zginą. Tym bardziej więc pogłębianie ich niedołężności poprzez różnego rodzaju ingerencje ograniczające sprawność zmysłów nie prowadzi do niczego dobrego. Ale człowiek w swoich twórczych inicjatywach brnie dalej. Wielu właścicieli czworonogów "szlachetnie urodzonych" podejmuje różne działania upiększające pupila. W Nowym Jorku od 1949 r. działa szkoła strzyżenia psów. Wydawane są albumy psiej kosmetyki wszelkich ras występujących na wystawach (ryc. 1, 2).

Zwierzęta są strzyżone, trymowane, golone, kąpane, namaszczane różnymi pachnidłami. Czy obydwie strony smyczy są z tego powodu jednakowo szczęśliwe? Wątpię. ...