Ranne i martwe zwierzęta na polskich drogach


Jan Borzymowski

Czy jazda samochodem może stanowić osobliwą formę alienacji, a zarazem osłabienia wrażliwości? Być może. Wygodnie, cieplutko, radyjko gra. Za kierownicą siedzi rozparty homo sapiens. Nie zastanawia się nad tym, że setki kilogramów masy samochodu, poruszające się z szybkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, w zderzeniu z psem, kotem, wiewiórką czy ptakiem dają zwierzęciu nikłą szansę przeżycia. Potrącenie najczęściej kończy się śmiercią.

Są różni kierowcy. Jedni zwolnią, ażeby uratować żywe stworzenie. Inni zwolnią, bo szkoda pojazdu. Jeszcze inni, kiedy na drodze pojawi się malutkie zwierzę, niezagrażające karoserii auta, rozjadą je... Bywa, że prowadzący samochód stosuje się do wszelkich zasad kodeksu drogowego, nie jest jednak w stanie zwolnić lub zatrzymać maszyny, kiedy na drogę nagle wtargnie zwierzę. Śmiertelne potrącenie sarny czy dzika łączy się najczęściej z poważnym uszkodzeniem samochodu. Ze względu na uruchomienie ubezpieczenia, konieczna jest cała procedura, opisanie okoliczności wypadku itd. Dowód rzeczowy - zwierzę łowne - przesuwane jest na pobocze drogi.

Sprawa ma się zupełnie inaczej, kiedy pod samochód wpada pies, kot, wiewiórka, jeż czy gołąb. Jadące samochody rozjeżdżają zwłoki na miazgę (ryc. 1), roznoszą na oponach kawałki ciała, futra, piór. Rzadko kto zatrzyma samochód i przesunie zwłoki na pobocze. Nie jest to dobre świadectwo wrażliwości Rodaków. Zdarza się, że potrącone zwierzę nie ginie na miejscu. Jest ciężko ranne. Szybka pomoc stanowi warunek życia lub śmierci. Ucieczka kierowcy z miejsca wypadku to niestety zjawisko powszechne. Brakuje wrażliwości, kiedy nie wchodzą w grę kwestie profitu z ubezpieczenia, a pojawia się kłopot ratowania zwierzęcia.

Opinia Departamentu Prawnego Ministerstwa Środowiska jest następująca: "W przypadku wypadku komunikacyjnego, w którym zostało ranne zwierzę, wskazać należy, że zgodnie z art. 25 u.o.z. prowadzący pojazd mechaniczny, który potrącił ...